POŚLIZG

...nieregularnik wrednych komentarzy...

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Madrid. Se puede...

MADRID. SE PUEDE FUMAR

W Madrycie wolno palić. Mało jest miejsc z przekreślonym papierosem. W końcu symbolem miasta jest niedźwiedź (jedzący owoce z drzewa, ale zawsze niedźwiedź). Spróbujcie czegoś zabronić niedźwiedziowi! W Madrycie nie zachłystują się europejskimi nowinkami, tu się przychodzi do knajpy pogadać, zjeść, wypić i zapalić (co prawda, głównie cygaretki i cygara, a nie papierosy).
N. radośnie wędził mnie zatem w tłustym dymie cygar podczas naszej przebieżki po barach (w moim przypadku, było to raczej zdeterminowane czołganie się; w ogóle nie mam kondycji, a tyle knajp jeszcze zostało do zwiedzenia!). Prawdziwe życie zaczyna się tu w okolicach 22.00 – bary są pełne, ludzie ze szklaneczkami w dłoniach wylewają się na ulicę, gadają, gestykulują, kopca papierosy, wrzeszczą i wachlują się wachlarzami. Upał nie odpuszcza nawet w nocy.

Do śniadania poranna cava (przez c!) i to jest dobry pomysł, żeby zacząć dzień. Szkoda, że tak mało rozpowszechniony. Dobrą i złą strona upału jest to, ze nie chce się jeść. Dobrą – bo nie chce się jeść (więc przyrost obywatela netto jest pod kontrolą). Złą – że NIE CHCE SIĘ JEŚĆ, a wypadałoby się najeść na zapas. Szynkę czy ser można przywieźć, pan tumaca (grzanka z chleba czy bułki polana oliwą i potarta pomidorem) zrobić, ale krewetki na patykach u Abuelo? Empanada z tuńczykiem w galicyjskim barze? Pasta ze szczypiącego w język sera cabrales z sidrą? (we wszystkich knajpach w menu były flaki po madrycku; chciałam zobaczyć choć jednego twardziela, który je zamówił w 35-stopniowym upale, ale mi się nie udało. Namiętnie jedzono natomiast paellę – danie dość paskudne i równie nie na upał).

Tym razem stołowaliśmy, a raczej – stołkowaliśmy się - przy barach na Plaza de Santa Ana (i okolice), bo na Plaza Mayor podano N. wino w brudnym kieliszku (zaciek od zmywarki, no ale zawsze). Na Bielany będzie jeździł, a noga jego w żadnej z tamtejszych knajp nie postanie – zostało zdecydowane. Miało to tę zaletę, że kiedy w kolejnym barze, mimo wachlarza, poczułam, że spływam ze stołka i widzę przed sobą trzech barmanów, łatwo było się ewakuować do hotelu (odkrycie wyjazdu – wino manzanilla).

Wnioski praktyczne:
- trening, trening i jeszcze raz trening kondycyjny przed kolejnym wyjazdem, bo wiele pięknych momentów, czuję, przeszło mi koło nosa tylko dlatego, że rozbolały mnie nogi (mam na myśli, ze rozbolały mnie nogi, a nie „rozbolały mnie nogi”; choć to drugie też, ale dopiero po jakimś szóstym, siódmym barze);
- po hiszpańsku „giełda” to „bolsa”, przy czym „bolsa” to również „torba”. Ten mądry, praktyczny naród lubi nazywać rzeczy po imieniu, nie ukrywa więc, że głównym zadaniem giełdy jest puścić z torbami jak największą liczbę naiwnych obywateli;
- weekend to za mało.

Obiecuję, że następnym razem będzie o Thyssen, a nie o Corte Ingles i 5J. Obcowanie z kultura wymaga kondycji nie mniejszej niż bary, no przecież nie narazimy się na międzynarodowy skandal „polska turystka osunęła się przy Matissie”. Prawda.
17.08.2009