DOSTAŁ KACZKĄ W TWARZ PRZY 250 WĘZŁACH
Od piątku – takie przygody, że chyba powinnam pobiec w maratonie na 50 kilometrów, żeby trochę odpocząć. Albo pójść na kolacje z Hannibalem Lecterem, żeby się odstresować.Natomiast wychodzę wczoraj rano z domu i… HA LO?
JAK TO – ZIMNO?
JAK TO – JEDENASCIE STOPNI?
JAK TO – WEŹ KURTKĘ?
I jak to – na moim trawniku rośnie sobie koźlak? (Nie daj Bóg, żeby N. zaczął o tym dyskutować z Hanka, bo znowu będzie jatka o imiona i nazwiska grzybów z uwzględnieniem gwar regionalnych).
I jak to – wchodzę do sklepu, a tam wiszą jakieś zimowe barchany?!
Nie ma na to mojej zgody, żeby nastąpił koniec lata. Nie, nie i jeszcze raz nie! Zaraz się położę w progu i rozedrę koszulę na piersiach. Ja jeszcze nie byłam na wakacjach! Nie mówiąc już o tym, że nawet nie zdążyłam założyć wszystkich sukienek i tunik, które sobie zakupiłam na sezon letni, a tymczasem sezon już się odmeldował jak namiętny ciechociński kochanek na wieść, że jego podrywka jest w ciąży.
Nie wiem, jak to jest, że ta cholerna zima to się wlecze i wlecze i wlecze, a lato to tylko bzyknie.
Naprawdę dosyć tego, stawiam w garażu aparaturę do pędzenia CO2, celem wzmocnienia zjawiska globalnego ocieplenia. Zresztą nie musi być globalne. Lokalne w zupełności mi wystarczy.
(Czy przed studiem sport muszą pokazywać naszych zapewne wybitnych sportowców, z których jeden ma taką przyjemną aparycję na ramionach i plecach w postaci gęstych naturalnych loków? Nie można by go trochę przystrzyc do tej reklamy? Ja czasem jem kolacje o tej godzinie!)
1.09.2009


