Żeby nie było nudno, to w najgorszy możliwy weekend zimy mój mąz postanowił powiesić zasłonki w Świnoujściu. Nic to, że mamy do przejechania 600 kilometrów, a snieg non stop jak te dzwony w kosciele na Ursynowie od 6 rano, za przeproszeniem. I nic to, że ma gorączkę i katar jak smok.
No więc pojechaliśmy, albowiem nie ma na świecie siły, która pokrzyżowałaby plany mojego męza.
W związku z czym jesteśmy nad morzem. Morza nie stwierdziłam – byliśmy tam dziś na chwilę i mam smutną wiadomośc – morza nie ma. Widziałam jamnika, który bardzo nie chciał spacerować po białym gównie, w związku z czym jechał na czterech łapach, ciągnięty na smyczy przez pańcia. Ja identycznie, z tym, że na dwóch łapach. Bardzo miło chodzi się wykopanymi w śniegu tunelami, siegającymi klatki piersiowej.
W dodatku katar N. zaczyna przełazic i na mnie. Wziąwszy pod uwagę, że bakterie, które dały radę zmóc N. musza być minimum wielkości dżdżownicy i mieć uciąg około 15 ton, nie jest to nic przyjemnego. Łupie mnie w głowie i kicham.
Jadłam całkiem smaczne pierogi w Karczmie Polskiej, a byłoby jeszcze milej, gdyby podano mi je na talerzu bez tej wody, w której się gotowały.
Zastanawiam się, czy damy rade stad wyjechać przed 17 kwietnia, bo właśnie wyjrzałam przez balkon i ZGADNIJCIE, CO! NIESPODZIANKA! SNIEG PADA!!!
AAAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.


