Uzdrawianie przez zabranianie
Moja Mama, lat bez mała 80 (słownie: osiemdziesiąt), upadła. Zaczęło bolec nie do zniesienia. Pierwsza idea: pójść do przychodni ulicę ulicę dalej. Ale w tej przychodni nie ma od kilku dni lekarki rejonowej i jeszcze kilka dni nie będzie - a tylko ona może skierować na prześwietlenie. Takie wprowadzono przepisy, bo symulantów NFZ ściga. Bez prześwietlenia żaden lekarz nie podejmie się leczenia.
Mama nie jest biegła w enefzetowej biurokracji, tylko boli ją coraz bardziej. W końcu poszła do akupunkurzysty. Ten, choć niekatolicki i nienaukowy, trochę Mamie ulżył w cierpieniu. Następnego dnia znalazła się placówka, która - za extra pieniądze pacjenta, a jakże! - prześwietlenie zrobiła, ale kazała dzień czekać na wynik. Mama poczekała. Ma zatem prześwietlenie w ręku, ale ból ani myśli znikać. Nic dziwnego, złamane dwa żebra. Znajduję w necie adresy anestezjologów. Obdzwaniamy. Pierwszy obdzwoniony oznajmia, że nie jest anestezjologiem, tylko internistą, a do netu go przez pomyłkę przypisali. Ale życzliwie radzi zawezwać pogotowie. Obdzwonionemu dziękujemy, a Mama - przez łzy i ból - przeklina na czym świat stoi. Na pasku TVN24 właśnie leci informacja o porządnej karze, jaką wlepiono komuś, kto wezwał karetkę bez należytego uzasadnienia, a Mama kokosów nie ma.
Potem w tymże TVN24 jakaś dyskusja o rządowych planach naprawy służby zdrowia. Mama nie wytrzymuje, zmienia kanał na "Plebanię", czy coś równie wytwornego. Rozumiem ją aż za dobrze, choć takie seriale nudzą mnie śmiertelnie. Ale w takiej chwili to i one od TVN-dyrdymałek lepsze.



