popisali się
Gdańscy rajcy nie raczyli dać zezwolenia nazwania szkoły podstawowej imienia Jana Brzechwy. Z powodu, że wspomniany pisywał wierszyki, dość podłe zresztą, wychwalające niejakiego Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwili czyli Józefa Stalina. Tak, tego, co to usta słodsze miał od malin. Część rajców zachowała jednak resztki zdrowego rozsądku, bo głosowała za. Reszta jednak...
Nie ma szczęścia Brzechwa do szkół swego imienia. Jest ich co prawda sporo w kraju pomiędzy Odrą a Łukaszenką, ale nowych jakoś nie przybywa. Z różnych powodów, nie tylko dlatego, że pisał o generalissimusie. Parę lat temu inna rada miejska, innego miasta, którego nazwa na jego szczęście jakoś z pamięci mnie wyleciała, nie zezwoliła na ochrzczenie jego imieniem szkoły, ponieważ był... Żydem.
Brzechwa w tym braku szczęścia do szkół nie jest niestety odosobniony. Podobny los - odmowa rady miejskiej – spotkała też Marka Kotańskiego. Rajcy świętego miasta uznali, że nie jest tego godny, bo obracał się w środowiskach homoseksualnych, a na dodatek bratał się z narkomanami.
Argumentacje tych trzech odmów są równie miałkie, co idiotyczne. Brzechwa, jeśli chciał, żeby go w ogóle wydawano, musiał pisać wiersze o wielkim wodzu braterskiego kiedyś narodu. Był Żydem – fakt, ale co z tego, skoro przede wszystkim był Polakiem. Pisał po polsku, dla polskich dzieci wierszyki, na których panowie rajcy się wychowali. Inaczej być nie może, bo wiersze Brzechwy są w programie szkoły podstawowej. I pojawiają się na różnego rodzaju apelach i akademiach, szczególnie w okolicach dnia dziecka.
Kotański lwią część swojego życia poświęcił ratowaniu narkomanów i pomaganiu rodakom z wrednym wirusem lub chorym na AIDS. Musiał się więc w ich środowiskach obracać. Jakoś na odległość, na przykład telefonicznie czy listownie, nie dało rady ich ratować, ni im pomagać. Nie było innego wyjścia, jak się z nimi spotykać, a nawet mieszkać. Odmawiając mu prawa do szkoły jego imienia, częstochowska rada podważyła dokładnie wszystko, co w życiu robił i czemu się poświęcił.
Marne to rady, które nie potrafią docenić tych, którzy coś znaczyli i coś sensownego w życiu robili. Marne też media, które traktują takie wydarzenia jako kurioza i podają w kategoriach anegdoty. A tak we wszystkich trzech przypadkach było. Traktowanie tych odmów anegdotycznie samo w sobie jest niezłym skandalikiem, bo w ten sposób bagatelizuje się sprawę, a tak przecież nie powinno być.
Miast traktować bęcwałów, którzy popisują się takimi wyskokami, mało serio, należałoby raczej odpowiednio ich podsumować. Odpowiednio czyli tak, jak na to zasługuje erupcja głupoty i kołtuństwa w ich wykonaniu. Przecież porównywalni są do tych, którzy swego czasu chcieli zmieniać nazwę czerwonych Wierchów, bo kolor się im tylko z komuną kojarzył. Po nich przejechała się ciężka artyleria medialna, a po tych, co Brzechwy nie lubią...
Wstyd, jak słowo honoru, wstyd.



