O WROCŁAWIU, WINACH I SNACH
(Mój piec jest kobietą. It’s official. Zainkasował parę stówek na nowe akcesoria i działa jak ta lala).
A ja byłam we Wrocławiu! Ale już wróciłam, Haniu.
Bo to biznestrip mojego męża był.
Pięeeeeeeeekny ten Wrocław. Zimny, ale piękny.
W ogóle nie zauważyłam, ze w czwartek było swięto bożole nuwo i prawie nie można było znaleźć miejsca w knajpach, bo wszyscy na to bożole. Albo w tym roku jest wyjątkowo okropne (straszny kwas), albo mi się podniebienie wydelikaciło na stare lata.
Choć i tak najpiękniej z całego pobytu zapisało nam się WINO GRUZIŃSKIE, które zaproponowano nam w restauracji POD JELENIEM. Było dość smaczne, A NASTĘPNEGO DNIA TAK NAS BOLAŁY ŁBY, ale to TAK, że ja nie wiem, jak ten N. był w stanie prowadzić rozmowę. Przeszło mi dopiero grubo po południu. Taką ma moc gruzińskie wino!
Czy tych odcinków Salad Fingera to jest tylko 8 i nie ma więcej?...
Może to i dobrze, bo uwaga, co mi się dziś śniło:
Byłam w więzieniu.
W dwuosobowej celi.
I chciałam z niego uciec.
Więc zabiłam moją współlokatorkę (proste, nie?)
I zgłosiłam, że ona nie żyje i niech ją ktoś zabierze.
I przyszedł taki facet. Ubrany w kombinezon jak z EPIDEMII – z hełmem i taka maską do oddychania – i wielkim plecakiem, do którego spakował zwłoki.
Następnie ogłuszyłam go, zdarłam z niego kombinezon, sama się wen przebrałam (był ciężki i trudno się oddychało), założyłam na plecy plecak ze zwłokami i wyszłam z więzienia. Nikt mnie nie zatrzymał, no bo byłam w hełmie.
No to jest więcej odcinków Salad Fingera, czyż nie?


