A TO JUŻ LEKKA PRZESADA!
Śniło mi się dziś, że koniec roku szkolnego się zbliża, a ja nie mam oceny z historii.
I ze musiałam biegać za panią od historii i okazało się, że ja w ogóle nie mam żadnych stopni i trzeba mnie będzie przepytać.
MATKO BOSKA.
Dobrze, ze się obudziłam.
PYTANIE Z HISTORII to najgorsze, co może mi się przyśnić. Wolę już chyba nawet rozentuzjazmowany tłum zombie-kanibali (potwornie zdeformowanych).
Przy czym najbardziej w historii bolą mnie daty (naprawdę są ludzie, którzy na wyrywki pamiętają wszystkie daty narodzin, śmierci, zaborów, wojen i królewskich małżeństw? I PO CO?), a w geografii – geografia fizyczna ze szczególnym uwzględnieniem cieków wodnych.
Po prostu UWIELBIAM, kiedy jedziemy z N. w trasę i zbliżamy się do jakiejś rzeki. I tu następuje nieuchronne – N. mnie pyta „KOCHANIE, jaką rzekę za chwile będziemy mijać?”.
Mam na to taki sposób, że wymieniam po kolei wszystkie rzeki, jakie mi przyjdą do głowy, i modle się, żeby w końcu trafić na właściwą. Przy czym rzadko zaczynam od Wisły, bo mniej więcej Wisłę potrafię zlokalizować (oprócz Trójmiasta, gdzie Wisłę przecina się jakieś 40 razy).
- Odra… Nysa… San… Bug… Warta… Bzura… No mówiłam, że Bzura!...
Przy czym to jest oczywisty sadyzm z jego strony, albowiem zna on moją miłość do geografii fizycznej, a i tak nigdy nie odmówi sobie pastwienia się.
W ogóle wypraszam sobie takie sny. Nie po się zestarzałam, żeby mnie historyczka po nocach straszyła, no.



