PEŁNIA. ZNOWU
Jak jest pełnia, to rosną mi zęby jadowe.
Tak o – po prostu mi wyrastają i trzeba uważać, żebym kogoś takim zębem nie zahaczyła.
N. biedny jest od rana, oj biedny.
Tym biedniejszy, ze przyśniło mnie się, ze ODWIEDZIŁA NAS JEGO KOCHANKA.
Z dwójką dzieci (co za rezolutna niewiasta).
W dodatku jakoś tak wyszło, że będzie u nas nocować.
Następnie jej dzieci przewróciły mnie regał z książkami.
A później KOCHANKA MOJEGO MĘŻA wyciągnęła stertę albumów ze zdjęciami i kazała mi je oglądać.
Doszłam do wniosku, że TU JUŻ PRZEGIĘŁA i zabrałam jej wszystkie zdjęcia z N.
Obudziłam się (no chyba nie dziwne!) lekko wściekła i dla wyrównania ciśnienia zapodałam sobie książunię o seryjnym mordercy, który jest uprzejmy oblewać zwłoki kobiet alkoholem i podpalać (przez co milusiński zdobywa ksywkę KREMATOR), a poza tym torturuje je związawszy linką, przypala im papierosem opuszki palców u nóg, zadaje rany w kształcie gwiazdy oraz obcina sutki.
I w ogóle doszłam do wniosku, że coś ze mną jest nie tak.
Jako nastolatka wychowałam się na książkach Judith Krantz (i filmach na ich podstawie). I tam we wszystkich powieściach kobiety trzydziestokilkuletnie miały ondulację, mocny makijaż, długie paznokcie i uwodziły siedemnastolatków, przyjeżdżających do domu na święta ze szkoły wojskowej. I wszystkie, jak jeden mąż, chodziły w pończochach, jedwabnych szlafrokach i wyuzdanej bieliźnie.
Tjaaaaaaaaaaaa.
Jedyny element garderoby, jaki mam na sobie, a który mogę podciągnąć do kategorii WYUZDANY to skarpetki, które kupiłam sobie kilka dni temu – bardzo długie (za kolano) i bardzo włochate.
Doprawdy, nie wiem, czy wyciągnęłam właściwe wnioski i czy moja edukacja nie poszła w las (w jedwabnym szlafroku).
PS. Oraz muszę iść do Pierwszej na kurs malowania sobie SMOKY EYE, bo mi za każdym razem wychodzi coś w stylu „Aktorka kina niemego pobita przez męża”.






