POŚLIZG

...nieregularnik wrednych komentarzy...

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

dodatek nr 4

dodatek kulturalny nr 4
Dodatek kulturalny jest nieregularnie ukazującym się kwiatkiem przy kożuchu, czyli czymś na kształt oddechu od codziennego wrednego ujadania. W nr 4 "Kto wrobił Kubusia Puchatka?" Jacka Dubois, zaproszenie na wystawę BAJER PHARMACY w Galerii Entropia i apel do prezydenta Gdyni o nadanie imienia Janusza Popławskiego ulicy lub placowi w Gdyni.
 
kto wrobił Kubusia Puchatka?

Znany warszawski adwokat, potomek sławnych obrońców (ojciec - Maciej i dziadek - Stanisław), ożywia swą książką przygasłą ostatnio tradycję prawników-publicystów. I wybór jego felietonów, ogłaszanych w ciągu ostatnich pięciu lat na łamach Gentlemana, Home & Market, Zwierciadła i Gazety Finansowej godzien jest znakomitych antenatów. Owe pół setki tekstów ukazuje Jacka Dubois jako pełnego temperamentu polemistę, szermującego na przemian, a często naraz, niezłomną logiką i zadziornym poczuciem humoru. Ze swojej obrończej ławy okazuje się sarkastycznym obserwatorem życia politycznego i wnikliwym komentatorem obyczajów, przy czym, nie bez kozery, upomina się stale o wysokie standardy zawodów prawniczych i miejsce kultury prawnej w praktyce demokracji.

 

Tyle wydawca. Teraz ja:

Z zasady podchodzę do fejletonistów jak pies do jeża, bo jestem bardzo starej daty i zachwyciwszy się w szczenięctwie „Tędy i owędy” Wańkowicza, które w istocie są zbiorem rozbudowanych felietonów zapałałem do takiego właśnie pisarstwa gorącą miłością. Na studiach z musu wziąłem do ręki „Kroniki” Prusa i... nie tylko przeczytałem wszystkie ich tomy, ale i wielokrotnie do nich wracałem. W międzyczasie oczywiście byli wszyscy znamienici fejletoniści, których nie tylko czytałem z upojną wręcz radością, ale i od których starałem się czegoś nauczyć. Może z taką łatwością kupowały swego czasu moją pisaninę miesięczniki internetowe.

Z zasady – powiadam – podchodzę do fejletonistów jak pies do jeża, bo większość z tych, co to ich puszczają drukiem tyle ma wspólnego z tradycją rodzimego felietonu, ile pies z kotem czy krowa z lataniem. Ciężkie toto, bez polotu, niewydarzone jakieś. Kiedy jednak jakimś cudem przed oficjalną premierą wpadł mi w ręce Jacek Dubois, to aż ręce zatarłem z radości. Autora znałem z kilkunastu bodaj tekstów, przeczytanych tu i ówdzie, a i styl, w jakim pisze też. Styl, który w pełni mi odpowiada – że nie powiem: sprawia rozkosz.

A tak! Właśnie: sprawia rozkosz, bo zaiste rozkoszą jest obcować z autorem, któremu słowa, zdania i teksty płyną spod palców bez wysiłku, który nie zastanawia się nad każdym słowem, który nie ma problemu z gramatyką, logiką i składnią. A to rzadkość wśród fejletonistów.

„Kto wrobił Kubusia Puchatka?” jest egzemplifikacją takiego właśnie zbioru felietonów. Kiedym to czytał, od razu się mię przypominała młodzieńcza przygoda z Wańkowiczem i Mistrz Prus. Każdy tekst jest perełką samą w sobie, i to perełką skrzącą się dowcipem.

I niech nikogo przypadkiem nie zmyli to, że autor - Jacek Dubois – jest wziętym adwokatem. To nie jest zbiór feljetonów pisanych na sali sądowej, to jest zbiór feljetonów na temat wszystkiego i wszystkich pisanych z perspektywy sali sądowej. A to jest różnica i to różnica znacząca, bo z takiej perspektywy chyba jaskrawiej widać absurdy życia naszego powszedniego.

Kiedym czytał te felietony, to co chwilę odnosiłem wrażenie, że sam to napisałem – podobne słownictwo, podobnie czasami pokręcony styl, szyk przestawny, wtręty, dygresje, spojrzenie z przymrużeniem oka, ironia i autoironia i – last but not least – ten znakomity dystans do świata. I do siebie samego, co niezmiernie ważne – też.

Nie wyprę się tego, że co chwilę niemal myślałem sobie: „no kurde! facet myśli dokładnie tak, jak ja...” I dokładnie takie wrażenie odniesie ten, kto przez ostatnie dwa lata odczuwał brak tlenu w powietrzu. Tym zaś, którym się w tym czasie oddychało pełną piersią taka terapia się przyda (choć i tak nie pomoże). W wypadku niezdecydowanych pełnić będzie rolę multivitaminy.

A pisze Dubois przy tym – o czym już było –zupełnie od niechcenia, strzelając od czasu do czasu anegdotkami z sali sądowej. I nie. I tak je wplata w tekst, że nawet te, które się już zna, wywołują śmiech, często głośny – słowem książka nie zalecana do czytania w środkach komunikacji ogólnodostępnej (podejrzenie choroby umysłowej – kto się w obecnych czasach śmieje z książki), po zabiegach chirurga miękkiego (szwy mogą puścić) i w ostatnich tygodniach ciąży (przedwczesny poród).

Tyle, że to bywa czasem śmiech przez łzy...

W mojej prywatnej dziesięciostopniowej skali – 9. Z czystym sumieniem.
Polecam.
Chrabja

BAJER PHARMACY
in Gallery Entropia
Otwarcie/Opening
16.11.2007 godz.18.00/at 6 p.m.
Wystawa /Exhibition
16.11.2007-4.12.2007
kurator/curator: Agnieszka Kłos

Polskie remedium
Agnieszka Kłos

Polska kultura zazwyczaj sięga do najstarszych korzeni sztuki zapominając, że to, co wydarzyło się niedawno ma zwykle większą siłę rażenia. Skutki skonfrontowania Polaków z ich kompleksami i niedawną historią bywają groźne i spektakularne, mimo że często obsadzane są w roli kruchych albo niepozornych obiektów. Dokładnie takie prace robi Tomasz Bajer.

Młody wrocławski artysta konfrontuje odbiorcę z tematami, o których każdy "prawdziwy" Polak chciałby jak najszybciej zapomnieć. W jego definiowaniu polskiej tożsamości jest coś irytującego i bezczelnego, oto odważnie i jakby zupełnie nie przejmując się narodowymi kompleksami, artysta budzi z uśpienia polskie koszmary. Jest prowokujący, mimo że jego język podszyty jest subtelną i ledwie wyczuwalną ironią. Łączenie tak piekielnych środków w przypadku słabego artysty mogłoby zostać odczytane jak tani skandal. Tymczasem Bajer uznawany jest za twórcę przenikliwie inteligentnego.

Boimy się w sztuce postaw jednoznacznych. Nie dlatego, że jawna konfrontacja z mitem może nas boleśnie rozczarować, ale dlatego, że zjawiska, które są podawane jednoznacznie wywołują w odbiorcy lęk. Tymczasem prace Tomasza Bajera skupiają się wokół jak najczystszego, jak najprostszego i najbardziej jawnego przekazu. Raz jest to informacja dotycząca bolączek polskiego katolicyzmu, innym razem lęków wywołanych polsko - niemieckimi stosunkami i poczuciem własności na wyłączność. Bajer w brawurowy, a jednak oszczędny i lapidarny sposób pokazuje ustrój mentalny przeciętnego Polaka. I jak w obrazkach scenicznych Sławomira Mrożka, albo rysunkach Marka Raczkowskiego, nie jest to ustrój szczęśliwy. W głowie przeciętnego Polaka wrze od kompleksów, które wrosły od pokoleń w jego duszę tak mocno, jak w niektórą ziemię kłącza ziemniaków. Jesteśmy "pyrlandią" Europy, mówi w swoich pracach Bajer i ja mu wierzę.

Konfesyjne przyglądanie się głównym grzechom Polski to tylko część działalności wrocławskiego twórcy. Równie często przygląda się on kompleksom europejskim, których wypatruje w najmniej oczekiwanych miejscach. Wrocławska wystawa w Galerii Entropia odsłania jeden z takich projektów, który dotyczy najbardziej wstydliwej sprawy, z jaką do dziś nie potrafią uporać się Niemcy; działalności niektórych firm na rzecz "Ostatecznego Rozwiązania".

Sprawa tylko pozornie dotyczy przeszłości, bo jak przypomina nam Bajer, tak naprawdę nic, co odwołuje nas w przeszłość nie traci swojej aktualności. Co więcej składa się w równym stopniu, co eksponowane i hołubione na stan tożsamości narodowej współczesnych Europejczyków. Bajer z właściwą sobie wnikliwością i ostrością rozumu, dociera do najbardziej skrywanych problemów tożsamościowych Bawarczyków, którzy jako najbardziej "niemieccy z niemieckich", eksponują do dziś nie tylko lokalny patriotyzm, ale i nacjonalizm. Artysta podczas pobytu na stypendium w Bawarii przygotował projekt oparty z jednej strony na jego nazwisku (w formie do złudzenia podobny do znaku identyfikacyjnego znanej firmy farmaceutycznej z siedzibą w Nadrenii - Westfalii), a z drugiej na starych etykietkach po cyklonie B.

Bezpośrednie skojarzenie nazwy koncernu farmaceutycznego z cyklonem B, który służył do uśmiercania ludzi w komorach gazowych obozów koncentracyjnych, tylko dla ludzi słabo znających historię może być wielkim odkryciem. I nie na takie odkrycie oczywistej prawdy liczy artysta. W jego pracy chodzi o coś więcej. Oto jedna marka (w tym wypadku nazwisko artysty) subtelnie anektuje inną. Metoda przejmowania symboliki, loga, treści, a wreszcie znaczenia, ma na świecie długą tradycję. Jednocześnie rzadko bywa przedmiotem spekulacji artystycznej. Tomasz Bajer jest w tym niedościgniony.

Wrocławska galeria Entropia przeżyje atak. Zostanie zaanektowana jej przestrzeń dokładnie tak, jak na co dzień anektuje się ludzi, idee, marki oraz największe tradycje. W trosce o "dobro" ogólne, w imię jakiegoś ideału, obojętnie zdefiniowanego jako "ostateczne" lub "tymczasowe" rozwiązanie.

http://www.bajer_tomasz.free.art.pl/Industry.htm

Janusz Popławski in memoriam
Pod tej treści apelem zebrałem w Żaku setkę podpisów wielu zacnych ludzi.
Prosze wyslij zalaczony mail do Prezydenta Gdyni dr Wojciecha Szczurka na adres Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. lub Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Dziękuję Marek Prusakowski
Gdańsk 08.11.2007

Klub Studentów Wybrzeża
ŻAK

Adres do korespondencji:
Marek Prusakowski
Gdańsk 80-283
Ul. Górzysta 10
Tel. 601056342

PREZYDENT GDYNI
Dr Wojciech Szczurek



Szanowny Panie Prezydencie. Zebrani z okazji 50-tej rocznicy powstania Klubu Studentów Wybrzeża ŻAK współtwórcy trójmiejskiej kultury studenckiej zwracamy się do Pana z ogromna prośbą o nadanie imienia Janusza Popławskiego ulicy lub placowi w Gdyni.

Ten wybitny muzyk, kompozytor i wydawca całe swoje życie twórcze jak i rodzinne związał z Trójmiastem. Zamieszkał w Gdańsku w 1962 roku, a po kilku latach przeniósł się do Gdyni. Będąc muzykiem Niebiesko Czarnych, a następnie grup: Bumerang, Flash band, czy Winners, zawsze po koncertowych trasach, z radością (co wielokrotnie podkreślał w swoich wywiadach i publikacjach) wracał do Gdyni. Tu również – po zakończeniu pracy na estradzie - założył swoje wydawnictwo muzyczne Professional Music Press, które - pod patronatem Urzędu Miasta – w Klubie Ucho urządzało corocznie Gitarowy Top - koncert wieńczący Warsztaty Gitarowe. I w tejże Gdyni, we własnym mieszkaniu przy ul. Krasickiego, zakończył swą ziemską karierę 27 grudnia 2004 roku.

Dlatego uważamy, że nazwanie którejś z gdyńskich ulic bądź placu będzie choćby namiastką podziękowania Mu za wszystko to, co dla Miasta i dla nas wszystkich w swoim życiu uczynił. Jednocześnie informujemy, że uzyskaliśmy dla naszej inicjatywy pełną akceptację wdowy po Artyście Pani Krystyny „Kruszyny” Popławskiej.