POŚLIZG

...nieregularnik wrednych komentarzy...

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

o tym jak rude blondem bywa

Będąc w górach, wjechałam na muldę i straciłam hamulce. W zasadzie to Nysa straciła. Odstawiłam auto do warsztatu z podejrzeniem zerwania przewodu hamulcowego.

Moje podejrzenia się potwierdziły. Padł przewód, przy okazji mechanik zasugerował niezwłoczną wymianę przewodu paliwowego, który był w strzępach oraz naprawę wahacza, który lada chwila miał zamiar dać nogę. Pierwszą propozycją było, bym Nysę oddała na złom. Dowcipniś cholera jasna.

Pozostało na opcji drugiej, wymiana co trzeba, bym mogła jeździć. Samochód odebrałam w piątek (od wtorku). Od razu pojechałam do Cieszyna. Tradycyjnie kawa w polsko-cieszyńskiej Herbowej i obiad czesko-cieszyńskim U synka. W drodze okazało się jednak, że auto ma zapowietrzone hamulce – by zadziałały, trzeba podpompowałam pedałem. Po powrocie do Skoczowa znowu Nysa wylądowała u mechanika. Odebrałam przed samym wyjazdem do domu. Mechanik stwierdził, że szczęki są wyrobione i nic się nie da zrobić.

Wyjechaliśmy. Pod Częstochową postanowiłam zatankować gaz. Na stacji okazało się, że nie można. Pojechaliśmy na drugą. Po drodze zauważyłam, że nie mam benzyny. Gdy wyjeżdżałam było blisko pół baku. Zaczęłam się denerwować. Nie mogę zatankować gazu, benzyna mi ucieka, jestem gdzieś w Polsce. Ani w jedno stronę, ani w drugą. Zajechałam na kolejną stację. Próba zatankowania gazu zakończyła się podobnie jak wcześniej. Nie było mi do śmiechu.


Godzina 14:30, 6 km od Częstochowy, gazu na jakieś 100 km. Dzwonię do mechanika, on ręce rozkłada. Gazu nie dotykał, przewód paliwowy naprawił, a mój samochód to ruina. Jeszcze spokojnie odpowiadam, że odprowadziłam mu auto, to paliwo nie uciekało, po jego naprawie ucieka. Wniosek – coś zepsuł. On na to, że niemożliwe, ale może mi pieniądze oddać. Szlag! Niech w dupę sobie wsadzi pieniądze, stoję w środku Polski bez możliwości zatankowania. Szlag i wszystkie diabły!

Wpadłam w histerię! Szlocham sobie w najlepsze i układam plany awaryjne. Podjadę do Katowic do siostry, u niej na podłodze przenocujemy do poniedziałku, wtedy jakiś warsztat znajdę. Albo podjadę do knajpy z siecią w powietrzu, odpalę laptopa, poszukam czegoś w Częstochowie i podzwonię za warsztatem. Albo zadzwonię do omc byłego i niech mnie holuje 300 km od domu.

Zadzwoniłam do brata, popłakałam w słuchawkę. Brat, po rozłączeniu, poszukał gazownika, umówił z nim, zadzwonił do mnie i podał adres. Nawigacja załatwiła resztę. Po blisko godzinie od pierwszej próby tankowania wylądowałam w warsztacie gazowym. Wyrzuciliśmy wszystkie toboły z bagażnika. Facet zerknął na zbiornik i mówi, że jest pełny.

Jak to? Chwila! Szybka analiza sytuacji. Może czujnik się zepsuł i pokazuje głupoty. Nie może być pełny skoro przejechałam już 350 km. Hm… Może jednak nie… Jak wyglądała kontrolka pod kierownicą? Które światełko się świeciło? Kurwa… Nieśmiała myśl wypowiedziane na głos. Jeśli jechałam na paliwie, a nie na gazie, to… Kurwa! Jeśli jestem taka blondi, to przez tydzień CODZIENNIE odkurzam w domu!

I co? Tak, od poniedziałku latam na odkurzaczu!
Cały czas jechałam na benzynie. Stąd pusty zbiornik. A gazu nie ruszałam, więc jak miałabym zatankować. Matka z Miśką mało się nie udławiły ze śmiechu. Totalna pomroczność jasna!