Trzy dni w Sydney
Wracam do domu do Sydney, bo z Piratami to już jak rodzina. To Kicia to wymyśliła i chyba nieźle. W niedzielę bazarek w Rozelle, kupiłem tylko Różę Pustyni, bo piękna. Miałem także do wyboru masaż chiński, albo naergetyzowanie japońskie. Wybrałem to drugie, bo nigdy tego nie robiłem, a poza tym wystarczyło usiąść, złożyć ręce, zamknąć oczy...
Jestem słaby w te klocki. Chyba za mocno stąpam po ziemi. Było przyjemnie, w rękach zaczynało się mrowienie, ale to może tak jest zawsze, ale ja nigdy tak nie siedzę ze złożonymi dłońmi, jedna na drugiej. Mogłem tego nie wiedzieć, prawda?
Energetyzowanie trwało nie dłużej niż 10 minut. Zasypiałem już prawie, a Pan Japończyk powiedział, że "już po wszystkim!".
Zapytał jak było, skłamałem, że miło. Oj, chyba trzeba się będzie wybrać do Toporzyka... do Lucynki.
Na lunch pyszne tureckie naleśniki z fetą i ziołami. Na kolację rewelacyjne chińskie pierogi. Sydney to tygiel rasowy. I tylko prawdziwego chleba tutaj brak.
W poniedziałek pojechałem pożegnać się z ulubionymi miejscami. Piraci mi polecali Sydney Aquarium, ale kiedy już tam byłem, przypomniałem sobie, że 12 lat temu już to widziałem. Wolałem poszwędać się po mieście. Pitt Street, George Street, Opera House, Harbour Bridge, The Rocks...
Napiłem się piwa w najstarszym pubie Sydney. No bardzo, bardzo przyjemnie. Lubię Sydney. Na kolację Wietnamczyk i już po drugim dniu.
Trzeciego, znaczy dziś to już tylko śniadanie i pakowanie.
Papugi budzą miasto około 4, zanim jeszcze zrobi się widno. Już mi nie przeszkadzają. Można przywyknąć.
Jak ja nie lubię pożegnań! Gunia i Pirat chyba też. Przestanę latać na koniec świata, bo zawsze kiedyś trzeba wracać.
Na lotnisko w Sydney pół godziny samochodem. Odprawa prawie automatyczna. Walizka waży już 27 kilogramów, a zakupy w Melbourne dopiero przede mną.
Robert Plant i Alison Krauss nagrali wspólną płytę, oj będzie czego słuchać po powrocie. W międzyczasie dostałem list od Jacka, słuchacza, który wygrał wycieczkę do Australii w Trójce. Jest zachwycony, nic dziwnego... Jacek już w kraju, ja wracam za tydzień.
No, ale jeszcze Melbourne!

Rozelle Market

najstarszy pub w Sydney

ostatni rzut oka...

ja na lotnisku, lecę do Melbourne
Marek Niedźwiecki - Marek going for GOLD
Materiały opublikowane za zgodą Autora.
Kopiowanie, publikowanie, rozpowszechnianie czy wykorzystywanie w inny sposób, także poprzez włączanie do serwisów www - tak w części, jak w całości - bez zgody Autora stanowi naruszenie ustawy o prawie autorskimi i jest ordynarną kradzieżą własności intelektualnej.


